Utracona córka, Lucy Ferris

utracona córkaLucy Ferris jest autorką licznych powieści, jednak na polskim rynku dotychczas ukazała się tylko jedna z nich, mianowicie Utracona córka. Do nowości wydawniczych podchodzę zawsze z dystansem, sięgam po nie niechętnie i tylko, jeśli zaintryguje mnie opis książki, jej okładka lub recenzja. W tym przypadku moją uwagę przyciągnęło zdjęcie zamyślonej dziewczynki, jej smutne spojrzenie sugerowało, że będzie to poruszająca historia.

Brooke jest szczęśliwą mężatką, ma córkę Meghan. Jej mąż Sean usilnie namawia ją na drugie dziecko, lecz kobieta nawet nie chce o tym słyszeć. Swoją niechęć tłumaczy tym, że w ciąży źle się czuła, musiała leżeć. Lekarze ją uspokajają, twierdząc że nie ma ryzyka, iż sytuacja się powtórzy, lecz Brooke jest nieugięta. Do miasta niespodziewanie przyjeżdża jej znajomy sprzed lat, Alex. Zaczynają się spotykać, wspominać dawne czasy i okazuje się, że dużo ich łączy. Stopniowo poznajemy fakty z przeszłości i tajemnicę, którą oboje ukrywali przez piętnaście lat. Spotykając się z Alexem, Brooke próbuje wyjaśnić to, co wydarzyło się kiedy byli jeszcze parą, Sean natomiast podejrzewa żonę o romans.

Z czasem poznajemy drugą historię. Josef ma trzy córki, jedna z nich Louisa jest upośledzona. Podczas ulewy znajduje dziecko, nazywa je Najdą, postanawia dać jej dom i traktować jak własną córkę. Dziewczynka jest niepełnosprawna, prawą stronę ciała ma niemal całkowicie sparaliżowaną, mówi ale bardzo powoli. Mimo to jest bardzo bystra, zdolniejsza od swoich rówieśników. Źle się czuje w szkole, marzy by ją zmienić na inną.

Historie zaczynają się przeplatać ze sobą, tworząc jedną całość, która jest wyjątkowo spójna i chronologiczna. Dzięki temu stopniowo znajdujemy odpowiedzi na wszystkie dręczące nas wątpliwości i pytania. Język i styl autorki sprawiają, że książkę pochłania się błyskawicznie, z jednej strony chcąc jak najszybciej poznać zakończenie, z drugiej delektować się nią powoli, smakując każdą stronę, każde zdanie bez pośpiechu. I mimo tego, że dosyć szybko domyśliłam się, co łączy obie historie, nie odebrało mi to przyjemności czytania. Rozkoszowałam się nią do końca, a kiedy przewróciłam ostatnią stronę książki, z żalem odkładałam ją na półkę.

To poruszająca i szczera aż do bólu opowieść o tym, że przeszłości nie da się wymazać, ani od niej uciec, zawsze nas dopadnie, dogoni w najmniej oczekiwanym momencie i przypomni o swoim istnieniu. Jak kula u nogi, która będzie się za nami ciągnąć w nieskończoność, uprzykrzając nam życie. Czasami wydaje nam się, że można ją wymazać, skasować, udawać że nie istnieje, ale wtedy zderza się z nami, uświadamiając jak bardzo się myliliśmy. Polecam książkę miłośnikom trudnych tematów, silnych emocji i zaskakujących sytuacji, z niecierpliwością czekając na kolejne powieści Lucy Ferris.

Reklamy