Piorun i deszcz, Charles Martin

deszcz i piorunCharles Martin jest autorem wielu bestsellerowych powieści, jednak dotychczas miałam okazję przeczytać tylko jedną z nich, mianowicie Kiedy płaczą świerszcze. Zaskoczył mnie sposób, jakim autor posłużył się, by opisać w niej emocje bohaterów. Niemal każdej sytuacji towarzyszą wywody poetyckie i religijne, które początkowo drażniły mnie, z czasem jednak przywykłam do nich a nawet je polubiłam, uznając za charakterystyczne dla Martina. Jednak całości czegoś zabrakło. Z żalem uznałam książkę za dobrą, nie znalazłam w niej bowiem tego, czego szukałam. Czułam niedosyt i nie planowałam kolejnego spotkania z panem Charlesem. Aż do dnia, kiedy nadarzyła się okazja, by sięgnąć po jego kolejną powieść Piorun i deszcz.

Tyler, zwany Kowbojem jest hodowcą bydła. Jego ojciec był policjantem w wydziale narkotykowym, strażnikiem Teksasu. Swoje życie poświęcił pracy, a nie rodzinie, wreszcie dochodzi do wniosku że czas to zmienić i nadrobić zaległości. Mówi Tylerowi, że rezygnuje z pracy a podczas ostatniej akcji zostaje postrzelony podczas napadu na bank. Udaje mu się ocalić życie pewnej kobiecie, lecz sam przy tym ginie. Tyler z dumą przejmuje po nim odznakę. Poświęca się pracy całkowicie, przez co ma coraz mniej czasu dla rodziny. Któregoś dnia zostaje zaatakowany przez ludzi handlarza narkotyków, którego kiedyś wsadził do więzienia. Bandziory podpalają mu samochód i porywają syna Brodiego. To przeważa szalę i żona Kowboja, Andie wyprowadza się, nie chce tak dłużej żyć. Mężczyzna myślał, że gdy czas zagoi rany, wszystko będzie jak dawniej i żona wróci do domu. Ona ma jednak zupełnie inne plany. Zaczyna wypłacać pieniądze z ich konta i wydawać je na zakupy i kasyno. Uzależnia się od leków, zostaje uznana za niepoczytalną i trafia do kliniki odwykowej. Po tych wydarzeniach Tyler składa pozew o rozwód, przewartościowuje swoje życie i rezygnuje z kariery. Niespodziewanie poznaje Sam, kobietę po przejściach, która nie ma dachu nad głową i pieniędzy na lekarstwo dla córki. Poza tym musi uciekać przed człowiekiem, który ją skrzywdził. Tyler proponuje swoją pomoc, co powoduje że ich losy splatają się nieodwracalnie. Lada dzień Andie wychodzi ze szpitala, a byłemu parterowi Sam udaje się namierzyć jej nowe miejsce zamieszkania. Jakie to będzie miało konsekwencje? Przekonajcie się sami.

To opowieść o trudnych decyzjach jakie stawia przed nami los i tym, że czasem wystarczy niewielki gest, by zmienić czyjeś życie. O nadziei na lepsze jutro. Autor stawia wiele pytań, uświadamia z jakimi problemami borykają się członkowie służb mundurowych oraz ich rodziny. Pokazuje dramat Tylera, który zostaje zmuszony postawić na szali swój honor i dobro bliskich. Praca jest dla niego sprawą priorytetową, jest gotowy narazić dla niej swoje życie, nie spodziewa się jednak, że los będzie mu jeszcze kazał stoczyć walkę o własne szczęście. Każdego dnia niesie pomoc innym, wyciąga więc dłoń do nieznajomej kobiety, bo czuje że tak właśnie powinien postąpić. To jego odruch naturalny. Początkowo spłaca w ten sposób swoje długi, z czasem jednak angażuje się coraz bardziej i uświadamia, że wziął na siebie odpowiedzialność za los Sam i jej córeczki.   

Muszę przyznać, że kompletnie się tego nie spodziewałam. Od pierwszej strony książka mnie wciągnęła i pochłonęła do tego stopnia, że zapomniałam przy niej o całym świecie. Wątek miłosny przeplata się z kryminalnym, mamy tu niespodziewane zwroty akcji, chwile grozy i dramatyzmu oraz te, które chwytają ze serce i ściskają je ze wszystkich sił. Cały wachlarz emocji w jednej historii. Dałam się jej porwać bez wytchnienia, z wypiekami na twarzy i wybałuszonymi oczami, a jak tylko skończyłam, miałam ochotę zacząć jeszcze raz, by móc znów się nią delektować. Każda strona, każde zdanie skonstruowane jest z taką precyzją, że nie sposób się oderwać. A zakończenie powala na podłogę. Martin naprowadza na nie, sugeruje czego możemy się spodziewać, a w ostatniej chwili okazuje się, że zaplanował coś zupełnie innego, niż oczekiwaliśmy. I robi to parokrotnie. Ten genialny zabieg powoduje jeszcze większą ciekawość oraz niecierpliwość, która w moim przypadku sięgnęła zenitu. Kiedy po raz drugi nie udało mi się odgadnąć zamiarów autora, musiałam wziąć dwa głębokie wdechy i mocno się powstrzymywać żeby nie obgryźć sobie wszystkich paznokci. Genialna książka. Mam ochotę krzyknąć: „jeszcze” i od razu zabrać się za kolejną powieść pana Martina, lecz obawiam się że jutro mogłabym zapomnieć pójść do pracy lub mieć kikuty zamiast palców. Zatem odczekam chwilę w myśl zasady, że przyjemności trzeba sobie dawkować stopniowo..

Dostałam w tej powieści wszystko to, czego zabrakło mi w poprzedniej, nie sposób przejść obok niej obojętnie. Polecam i gwarantuję, że nie będziecie żałować.