Na głębinach, Dan Walsh

w glebinachPo książki wydawnictwa WAM sięgam ostatnio bardzo chętnie i często. Do tej pory nie zawiodło moich oczekiwań, każdą powieść odkładam na półkę z żalem, że spotkanie dobiegło końca i z niecierpliwością czekam na kolejne. Jak tylko zobaczyłam okładkę najnowszej powieści wydawnictwa W głębinach, wiedziałam że to książka dla mnie, ale kiedy wyczytałam na okładce, iż została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami, chęć przeczytania jej sięgnęła wręcz zenitu.

Laura i John wyruszają w podróż poślubną parowcem SS Vandervere do Nowego Jorku, gdzie mężczyzna chce przedstawić żonę rodzinie. Podczas huraganu statek zostaje uszkodzony. Laura z innymi kobietami i dziećmi zostaje zabrana na pokład statku Cutlass, na którym nie ma niestety miejsca dla mężczyzn. Kapitan nie jest w stanie odnaleźć ich statku, ale chce im pomóc, uważa że Bóg specjalnie tak skrzyżował ich losy, by paniom uratować życie. Kobiety są zziębnięte, mokre i przerażone. Na pokładzie murzyński niewolnik Micah rozdaje im koce, jest troskliwy i uprzejmy, dodaje im otuchy. Szybko wzbudza tym sympatię Laury. Opowiada, że jest niewolnikiem i całe życie musi uciekać. Ci mężczyźni, którym udało się przeżyć huragan powyrywali z zawiasów drzwi oraz okiennice parowca i wyskoczyli do oceanu. Większość niestety nie przeżyła, lecz John z dwoma innymi mężczyznami dryfuje ostatkiem sił na wielkiej tratwie. Jest głodny i spragniony, wie że jest u kresu wytrzymałości, lecz nie traci nadziei. Cieszy go fakt, że chociaż Laura jest bezpieczna i w drodze na ląd.

Podróż poślubna młodych miała być niczym bajka. Zakochani nie mogli się doczekać rejsu i wizyty u rodziny Johna. Laura tak się cieszyła, że ich pozna i będzie miała nową rodzinę. Tymczasem nie dość, że w jednej chwili jej dotychczasowe życie prysnęło jak bańka mydlana, to do tego jeszcze okazało się, że mąż miał przed nią tajemnice. Jakie to będzie miało dla Laury konsekwencje?

To poruszająca i wartościowa opowieść o miłości, przyjaźni i tęsknocie, ciężkiej walce o przetrwanie, a także o samotności, cierpieniu i wielkiej rozpaczy. Autor znakomicie pokazuje do czego człowiek jest zdolny, gdy znajdzie się w warunkach ekstremalnych, podkreślając że choćbyśmy bardzo chcieli, nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Bo każde życie można przewartościować w jednej chwili. Chcemy być piękni, zdrowi oraz bogaci i wydaje się nam, że to wystarczy, tymczasem kiedy życie robi nam na przekór i odbiera to, co dla nas najcenniejsze, nagle okazuje się, że uroda, bogactwo i zdrowie już nie stanowią dla nas wartości. Chcemy mieć przy sobie tylko najbliższą osobę, nic innego się nie liczy.

Laura zaprzyjaźnia się z Micah, jego optymizm i podejście do życia daje jej poczucie bezpieczeństwa. Mimo tego, co przeszedł, wierzy w przyszłość i lepsze jutro. Dzięki temu pokonał strach i nienawiść, czyli to z czym Laura musi się zmagać każdego dnia. Jego historia pozwoliła jej, choć na chwilę, zapomnieć o własnej stracie. Laura jeszcze nie wie jak, ale chce mu pomóc.

Autor podkreśla istotę wiary. Powinniśmy żyć dniem dzisiejszym, a resztę pokładać w Bogu. Bo nie mamy wpływu na to, co się wydarzy. Często ludzie myślą, że panują nad życiem bo mają władzę i pieniądze, gnają gdzieś na oślep przed siebie, przez co nie potrafią docenić tego, co Bóg robi dla nich dzisiaj. Nie potrafią tego dostrzec i nie dziękują mu za to. Tymczasem nie powinniśmy martwić się tym, ma co nie mamy wpływu, tylko żyć dniem dzisiejszym. Tylko to się liczy, tu i teraz. I nie porzucać nadziei, bo ona jest siłą napędową w każdej sytuacji, z nią pokonamy każdą trudność i wszelkie przeszkody.

Historia opowiedziana przez Dana Walsha była inspirowana prawdziwą katastrofą parowca na wodach Północnej Karoliny, co można odczuć na stronach powieści. Autor genialnie stworzył tło oraz bohaterów, którzy czują, myślą i przeżywają, a my wraz z nimi zagłębiamy się w to, co zgotował im los. Książkę polecam gorąco miłośniczkom dramatycznych historii pisanych przez życie, gwarantując że nie będziecie żałować a sama czekam z niecierpliwością na kolejne powieści pana Walsha.

Reklamy

Cztery pory roku Heleny Horn, Wanda Majer – Pietraszak

helena horn Wanda Majer – Pietraszak jest autorką słuchowisk radiowych, scenariuszy muzycznych, kilku tomików wierszy i opowiadań oraz powieści, będącej jej autobiografią, Czy pani jest żoną tego autora? Nie miałam jednak dotąd okazji zetknąć się z jej twórczością. Szybko się to zmieniło, kiedy zobaczyłam okładkę najnowszej książki pani Wandy Cztery pory roku Heleny Horn. Urzekła mnie bowiem bijąca z niej subtelność i prostota – tył głowy eleganckiej kobiety i sznur pereł odsłaniający dekolt jej pleców. Od razu zaintrygował mnie ten obrazek i chciałam jak najszybciej poznać historię życia tej tajemniczej kobiety. Czy było warto i tym razem intuicja również mnie nie zawiodła?

Helena Horn jest dojrzałą aktorką, która po śmierci męża Jaromira porządkuje swoje życie. Zawsze pochłaniał ją teatr, kariera i miłość do męża. Ma córkę Julię, której poświęcała za mało czasu w dzieciństwie, przez co wyrosła na osobę chłodną i zamkniętą w sobie. Ojciec był zawsze dużo bliższy Julii niż matka. Helena zawsze stała z boku, zajęta teatrem. Jaromir cierpiał przez to, ale nie potrafił tego zmienić. Naiwnie wierzył, że może kobiety zaprzyjaźnią się kiedy Julia będzie starsza, ale nie udało się. Po jego śmierci Julia przenosi się do matki, nie z potrzeby bliskości, lecz by pobyć w miejscu gdzie była szczęśliwa z ojcem.

Helena uwielbia swoją pracę, lecz decyduje się odejść z teatru. Poświęciła jej całe swoje życie i jest już zmęczona, wypalona, musi odpocząć. Czuje smutek lecz równocześnie ulgę, bo wie że decyzja jest słuszna. Jaromir był dla niej wszystkim, robi sobie wyrzuty, że za mało okazywała mu miłość, była zbyt zajęta sobą i teatrem. Po jego śmierci zaczyna się bać publicznych występów, jej kariera nie ma już sensu. Postanawia odejść i zacząć wszystko od nowa. Sprzedaje mieszkanie i przenosi się do Milanówka z przyjaciółką Henryką, która kiedyś była jej suflerką. Kobiety są sobie bardzo bliskie. Przyjaźni się również ze swoim sąsiadem Tomaszem, który od lat kocha Helenę ale nie ma odwagi jej tego wyznać.

Powieść toczy się na przestrzeni czterech pór roku, podczas których nasza bohaterka wspomina swoje życie oraz przybliża nam losy swoich bliskich. Nawiązuje również niewytłumaczalne kontakty z nieżyjącymi dawno rodzicami, którzy wtrącają się w jej życie. Autorka znakomicie opisuje poszczególne relacje Heleny, jej emocje są tak prawdziwe że ma się wrażenie oglądania filmu z udziałem aktorów. Wszystko wydaje się bardzo realne, przez co czytelnik zagłębia się w losy bohaterów całym sobą, chcąc poznać jeszcze więcej szczegółów z ich życia. Muszę przyznać, że historia Heleny mnie oczarowała i skłoniła do refleksji. Pochłonęłam ją w dwa popołudnia, ciekawa zakończenia i tutaj również się nie zawiodłam, bowiem pani Wanda sprawiła, że wybałuszyłam oczy, kiedy ujawniła tajemnicę Heleny.

To refleksyjna i nostalgiczna opowieść o kruchości życia i tym, co nieuniknione. O trudzie przemijania i pożegnaniach. Jednego dnia żyjemy, jesteśmy zdrowi, sprawni, a następnego wszystko może się zmienić, może nas już po prostu nie być. Ktoś nam bliski odchodzi a świat pozostaje niezmiennie na swoim miejscu, jakby nic się nie stało. Jakby nie miało znaczenia to, że jeszcze przed chwilą ktoś był obok nas. A dla nas to przecież ma ogromne znaczenie. Powieść zmusza do refleksji i zadumy, uczy dystansu do pożegnań. To także opowieść o naturalnych kolejach losu, tym że dzieci wkraczając w dorosłe życie, najpierw oddalają się od rodziców, a potem los ich znowu do nich przyciąga. Książkę pani Wandy polecam miłośniczkom historii pełnych emocji, a jednocześnie cieszę się, że mogę polegać na swojej intuicji.

 

Frenemy, Dorota Krawczyńska

frenemyPrzyjaźń odgrywa istotną rolę w życiu każdego z nas. Potrzebujemy bliskiej osoby, by czuć jej obecność w zależności od potrzeb. Czasem, by się poradzić, kiedy indziej by się pośmiać i powygłupiać, innym razem by pomilczeć w jej obecności, a niekiedy by się zwierzyć. We współczesnym świecie coraz rzadziej spotyka się prawdziwe, głębokie przyjaźnie. Wynika to z tego, że ludzie są nieufni wobec siebie, zazdrośni, zamknięci w sobie, co powoduje że się izolują, przez co stają się samotni. A prawdziwa przyjaźń powinna być szczera i bezinteresowna, nie na chwilę czy pół gwizdka. Jak zatem rozróżnić tę prawdziwą? Czy ma jakieś cechy szczególne?

Dorota Krawczyńska w powieści Frenemy porusza temat przyjaźni dwóch kobiet: Kaliny i Giny. Obie pracują w ośrodku kultury dla dzieci i młodzieży, są dla siebie przeciwieństwem, lecz dzięki temu świetnie się uzupełniają. Gina jest szybka, nieprzewidywalna i energiczna, zawsze gdzieś pędzi przed siebie, Kalina jest łagodna, wrażliwa i subtelna, zanim cokolwiek zrobi, musi wszystko przemyśleć. Razem natomiast tworzą tandem twórczy – są pomysłowe, oryginalne i pracowite.
Obie kobiety są mężatkami, jednak los bardziej sprzyja Kalinie. Gina długo tkwi w nieszczęśliwym małżeństwie, w końcu jednak decyduje się na rozwód, potem nie ma szczęścia w miłości. Nie przejmuje się tym jednak, na pierwszym miejscu decyduje się postawić karierę, bierze udział w konkursie na dyrektora ośrodka i wygrywa go. Chce zrealizować wszystkie swoje pomysły, stworzyć zgrany zespół oraz najlepszą placówkę w mieście. Z dnia na dzień staje się bezwzględna. Wyznacza Kalinę do wszystkich zadań, tłumacząc tym, że tylko do niej ma zaufanie. Z czasem zaczyna więc między przyjaciółkami dochodzić do spięć w pracy. Gina oczekuje pełnej akceptacji i oddania, nie przyjmuje słów sprzeciwu. Kalina nie raz próbuje ją przekonać, by trochę odpuściła, zwolniła tempo, bo ludzie nie mają już siły. Są przemęczeni, bo cały czas pracują na pełnych obrotach. Gina jednak nie chce tego słuchać. Kalina początkowo posłusznie wykonuje jej polecenia, dopiero tragedia, do której dochodzi otwiera jej oczy i uświadamia, co tak naprawdę jest w życiu ważne.

To opowieść o trudnych relacjach międzyludzkich i niełatwych wyborach, przed którymi życie stawia nas każdego dnia. O manipulacji i tyranii. Czasami bardzo łatwo dajemy się wykorzystywać tłumacząc sobie, że to w imię przyjaźni, że jesteśmy to winni drugiej osobie, tymczasem ona to bezwzględnie wykorzystuje. Krawczyńska udowadnia, jak taka sytuacja może wpłynąć na relacje w pracy i jakie mogę być tego skutki. Pokazuje cienką granicę między dobrem a złem, przyjaźnią a nienawiścią, tym co realne a tym, co niewykonalne. Uświadamia, że słowa uznania, nagrody i pochwały nie mają znaczenia w momencie, kiedy osiąga się je za wszelką cenę, idąc po nie po trupach, nie licząc się z innymi. A zachłanność na sukces i pieniądze nie dają szczęścia, mogą tylko doprowadzić do upadku z piedestału. Bo gdy szybko na niego wchodzimy, jeszcze szybciej będziemy z niego spadać.

Książka na pierwszy rzut oka wygląda bardzo niepozornie, niesie jednak mądre przesłanie, które zawiera już sam tytuł. Frenemy bowiem to (z ang) osoba, która jednocześnie jest czyimś wrogiem i przyjacielem. Sprawia wrażenie, iż stoi po naszej stronie, a jednocześnie jest w stanie wbić nam nóż prosto w serce. To przyjaźń oparta na rywalizacji, która jest wyjątkowo niebezpieczna w pracy. Osobiście nie życzę jej nikomu, mimo to książkę Doroty Krawczyńskiej polecam, zwłaszcza miłośniczkom historii, które mogą przytrafić się każdej z nas.